Translate

piątek, 1 sierpnia 2014

Operacja Południe.

Ostatnio aura sprzyja wycieczkom motocyklowym, więc szukaliśmy tylko pretekstu, żeby gdzieś wyruszyć. Całkiem niedawno nadarzyła się okazja, bo w Bielsku-Białej odbył się zlot militariów pod nazwą „Operacja Południe 2014” , a że ściśle się to wiąże z zainteresowaniami Commando, więc rozumie się samo przez się, że na owe pokazy wybraliśmy się. Tym razem nie sami lecz w towarzystwie, zaprzyjaźnionego z nami, żarliwego wielbiciela motocykli Tomka. Tomek jest posiadaczem świeżo nabytego Suzuki i palił się ogromnie do tej wycieczki. Zresztą też lubi militarne zabawki, więc radość była podwójna. Cały zlot trwał oczywiście trzy dni, ale my wybraliśmy się w sobotę i trafiliśmy akurat na paradę. Było na co popatrzeć. Pojazdy militarne z różnych krajów, no i ci ludzie poprzebierani, uśmiechnięci, rozbawieni… 



Potem można było pooglądać z bliska te pojazdy i pogadać z ludźmi. Oprócz tego zorganizowano wystawę zabytkowych samochodów. To dopiero było niesamowite. Tak odpicowane bryczki, że mucha nie siada. No i wrócił sentyment z dzieciństwa, gdy zobaczyłam Warszawę. Tato mój miał taką niebieściutką, do dziś ją pamiętam.





Jak już byliśmy w tym Bielsku, to grzech byłoby nie podjechać do centrum. Trochę połaziliśmy po mieście i dowiedzieliśmy się od miejscowych, że Bielsko-Biała dzieli rzeka Biała na dwie części: Bielsko i Białą. To zupełnie jak Kędzierzyn-Koźle. Jest Kędzierzyn po jednej stronie Odry, a Koźle po drugiej stronie. Co prawda nie są położone tak blisko siebie, jak Bielsko i Biała, ale też się dzielą na dwie oddzielne części.


Po spacerku zrobiliśmy się bardzo głodni i próbowaliśmy znaleźć jakieś fajne i niedrogie miejsce. Zwiedziliśmy kilka knajpek, ale nie dość, że ceny były, jak to w centrum, to jeszcze w niektórych menu nie było wiadomo co my w ogóle byśmy jedli. Nazwy składników zwalały nas z nóg. Postanowiliśmy poszukać coś zupełnie najnormalniejszego na świecie i trafiliśmy na „Bar Pierożek”. Ku naszej uciesze był to bar podobny do tzw. „Barów Mlecznych” – tak nazywały się w poprzedniej epoce. Różnica polegała jednak na tym, że wystrój wnętrza był bardziej współczesny, obsługa znacznie milsza i jedzenie urozmaicone. I tak za niewielkie pieniądze najedliśmy się smacznie i do syta. Oczywiście polecam ten bar wszystkim, którzy wybierają się do Bielska-Białej. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce. Bar Pierożek

W drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się jeszcze w kilku miejscach i dzieliliśmy się wrażeniami. Kolega Tomek zafascynowany podróżą przesiedział u nas cały wieczór i jeszcze do późna oglądaliśmy zdjęcia, filmiki z tej naszej wycieczki.

Spostrzeżenie: Podczas całej podróży zauważyłam coś ciekawego. Otóż kierowcy, którzy zazwyczaj bywają raczej agresywni i wrogo nastawieni do innych kierowców (zwłaszcza stojąc w korkach), byli dla nas niezwykle wyrozumiali i uprzejmi. Niejeden nas przepuszczał, zjeżdżał z drogi i uprzejmie się uśmiechał, gdy my pomykaliśmy między samochodami.  Nie wiem, czy jakaś magia jest w tych motocyklach, czy tylko mi się wydawało? W każdym razie bardzo mi się to podoba.


poniedziałek, 21 lipca 2014

Wypad na rybkę.

Początkowo uważałam za bardzo uciążliwe, że podczas jazdy motocyklem nie da się rozmawiać. Commando wyprowadził mnie z błędu, że istnieje możliwość rozmowy, ale trzeba mieć kask z interkomem lub systemem bluetooth, a te już sporo kosztują. Uznałam więc, że się obędę, bo taniej będzie pomilczeć. Po jakimś czasie zauważyłam, że jak się tak jedzie i milczy, to przychodzą człowiekowi do głowy różne fajne pomysły. Jednym z nich był wypad na rybkę. Każdego roku robimy sobie małą wycieczkę do Głuchołaz i Pokrzywnej. Często „zahaczamy” o jakieś przygraniczne miasteczko w Czechach, a na koniec wybieramy się w nasze ulubione miejsce na rybkę do Moszczanki. Moszczanka to mała wioska przy Pokrzywnej. 


Znajdują się tam stawy hodowlane głównie z pstrągami. Można zjeść smacznego pstrąga, ale nie tylko. Te miejsca są tak zorganizowane, że właściwie, spędzając tam cały dzień, nie nudzi się człowiek ani chwili. Rybkę można oczywiście samemu złowić, ale ja za tym nie szczególnie przepadam, więc ograniczam się do zamówienia smażonego pstrąga z surówkami lub tzatzikami – mniam!
- Zawsze jeździliśmy tam samochodem, ale czemu by nie motocyklem? – zagadnęłam.
- No i mamy wymówkę, żeby Mamokupów nie zabierać. – Commando z uśmiechem na twarzy poruszał znacząco brwiami. Zawsze tak rusza, jak wpadnie na genialny pomysł.
W tym roku jeszcze nie było okazji się tam wybrać, a ponieważ pogoda sprzyja, więc siedliśmy na naszą Hondzię i rura…

Oczywiście najpierw wycieczka objazdowa po Głuchołazach. Trafiliśmy nawet na czyjś ślub i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że młodzi przyjechali na motocyklu, a wokół kościoła stało tyle maszyn, że myśleliśmy początkowo, że to jakiś zlot motocyklowy.
Rynek w Głuchołazach jest jednocześnie ogromnym ukwieconym skwerem, który szczególnie teraz wygląda pięknie.





Posiedzieliśmy na tym skwerze w lekkim skwarze. Jedynie lody mogły nas uratować, więc Commando zjadł ogromną porcję, ja trochę mniejszą i pomknęliśmy dalej. W następnej kolejności objazdowa wycieczka przez Jarnołtówek, Pokrzywną do Moszczanki, gdzie tym razem zrobiliśmy sobie naprawdę długi przystanek. Pstrągi były oczywiście przepyszne, jak zwykle. Potem poobiednia sjesta na naszym kocyku, który zawsze nam towarzyszy. Commando zrobił mi ogromną przyjemność, gdy przyniósł kawkę i to nie w plastikowych kubkach, lecz w normalnych szklankach. To się nazywa obsługa.


Spostrzeżenie: Czasem dobrze jest pomilczeć i dopuścić do głosu własne myśli. Można wtedy wpaść na naprawdę fajny pomysł.

piątek, 18 lipca 2014

Strzelce Opolskie

Pewnego popołudnia stwierdziłam, że chcę pojechać naszym motocyklem trochę dalej niż po najbliższej okolicy. Commando oczywiście zgodził się ochoczo, bo dość już miał objazdowych rajdów „wokół komina”. Jako miejsce naszej przejażdżki wybrał Strzelce Opolskie.


Jeśli ktoś chce poznać trochę to miasto, to zachęcam do odwiedzenia ich strony internetowej. Strzelce Opolskie Można tam nawet odbyć wirtualny spacer.

Nie, żebyśmy nigdy tam nie byli. Owszem przejeżdżamy dość często. Wiele razy też załatwialiśmy tam różne rzeczy. Czasem spacerowaliśmy po uliczkach tego niewielkiego, ale uroczego miasteczka.  Jednak, jak wiadomo, wszędzie jest jakieś miejsce do odkrycia. Dla nas takim miejscem okazał się park, który oczywiście widzieliśmy nieraz z okien samochodu, ale widzieć na żywo, to zupełnie coś innego. Naszą Hondzię zaparkowaliśmy na pobliskim parkingu i poszliśmy na spacer po tym przepięknym parku. Ponieważ pogoda była słoneczna, to wszystko wyglądało jak z bajki. Ruiny zamku widoczne z daleka, mostek drewniany nad stawem, po którym pływały kwitnące nenufary i leniwie kłapiące dziobem dzikie kaczki.












 Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, no może kiedyś gdzieś tam czytałam, jak takie widoki potrafią naładować pozytywnie człowieka na kilka dni. Jeszcze teraz mam przed oczami ten blask słońca odbity od tafli stawu i widok cudownych nenufarów. Jeśli nigdy nie byliście w tym miejscu, albo byliście, ale tylko przy okazji, to polecam. Szczególnie kojąco działa na zszarpane nerwy ten wyjątkowy kawałek zieleni.

piątek, 11 lipca 2014

Pierwsze spostrzeżenia.

Nasza następna wycieczka motocyklowa odbyła się po najbliższej okolicy. Już nie byłam taka spięta, jak za pierwszym razem, więc mogłam spokojnie cieszyć się jazdą. Świeciło słońce i przyroda roztaczała przede mną swe najpiękniejsze widoki. Zauważyłam, że jedną z wad jazdy na motocyklu jest to, że nie da się rozmawiać. Wiem, że milczenie jest złotem, jak powiedział pewien myśliciel, ale ja uwielbiam rozmawiać. W sumie, to Commando nie potrzebuje radia, bo ja mu je skutecznie mogę zastąpić. Niestety, mimo najszczerszych moich starań, Commando i tak nie słyszał, co mówię, albo tylko drań udawał, że nie słyszy (przyszło mi to do głowy). Zresztą nie ważne. Tak, czy owak, rozmowa z moim małżonkiem podczas jazdy motocyklem spełzła na niczym.  Podziwiałam, więc przyrodę i w tymże momencie przyszła mi do głowy myśl, że właściwie, to możemy się zatrzymać w dowolnym momencie, w pięknym, cichym miejscu, zasiąść zwyczajnie na kocyku i podziwiać piękne widoki. No właśnie i tu przypomniało mi się, że kocyk leży w domku, ale pomysł tak mi się spodobał, że zatrzymaliśmy się w uroczym miejscu, którego pewnie nie zauważyłabym z okna samochodu. Siedliśmy na trawie i poczułam się, jak wtedy, gdy jako nastolatka siadałam z koleżankami, czy kolegami na trawie, obgryzaliśmy źdźbła trawy, gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Poczułam ten spokój, który mi wtedy towarzyszył, brak problemów i beztroskę o jutro. To było świetne uczucie. Dlaczego człowiek tak szybko zapomina o takich prostych, ale jakże wspaniałych rzeczach? Przecież wystarczy usiąść na trawie, obgryzać źdźbło, żeby znowu poczuć się wolnym i beztroskim człowiekiem.

- W sumie, to brakuje mi tu tylko kawy. Następnym razem musimy zabrać kocyk i termos z kawą. – zagadnęłam.
- No, w sumie niezły pomysł. – przyznał Commando. - Widzę, że ci się podoba jazda motocyklem. – spostrzegł szybko.  A to bestia, jak mnie zaraz łapie za słówka.
- Podoba mi się, podoba. – przytaknęłam zgodnie z prawdą.

Posiedzieliśmy jeszcze chwilę w milczeniu rozkoszując się pięknem natury i ruszyliśmy dalej. Ponieważ dalej rozmowa była raczej niemożliwa, obserwowałam drogę i wszystko wkoło. Dostrzegłam jedną interesującą sprawę. Motocykliści mają swoją własną kulturę jazdy. Gdy mijaliśmy po drodze któregoś z nich, oni pozdrawiali nas machnięciem ręki. Myślałam, że tak robią tylko kierowcy autobusów, a tu taka miła niespodzianka. Następnemu też pokiwam ręką, w końcu jak kultura, to kultura. 

poniedziałek, 7 lipca 2014

Mój pierwszy raz.

Nareszcie wszystko zagrało. Mamy kaski, pogoda jest piękna, nasza Hondzia gotowa do drogi. Od wielu dni nurtowała mnie myśl, czy ja dam radę, czy nie spadnę z motocykla? Wsiadanie i zsiadanie przećwiczyłam na sucho, więc to już mam opanowane. A cała reszta? Commando oczywiście mnie przeszkolił w tej kwestii, jak się pochylać, gdzie trzymać nogi. Dał mi kilka niezbędnych wskazówek, ale mimo to serce waliło mi z kosmiczną prędkością. Moja ciekawość jednak zwyciężyła i wyruszyliśmy. Do pierwszych zakrętów byłam mocno spięta, ale potem to tylko cieszyłam się jazdą. Commando oczywiście wie jak zrobić, żebym miała same dobre wspomnienia. Cwaniak wykorzystał, że bardzo lubię słodkie. Zabrał mnie do mojej ulubionej kawiarni  Villa Vanilla http://www.villavanilla.pl/kawiarnia.html , w której serwują świetną kawę i pyszne lody własnej roboty.  Niestety okazało się, że tam było tyle ludzi, że nie mieliśmy nawet gdzie usiąść. W związku z tym pognaliśmy dalej. W restauracji Spichlerz Raszowa http://www.spichlerzraszowa.pl/start było dużo miejsca i świetna obsługa. Kelner zaproponował nam kawę i do tego ciastko angielskie z czekoladą – pychota. Kiedy poziom serotoniny podniósł się do maximum, zaczęłam dostrzegać zalety tej podróży.  Przede wszystkim dostrzegłam różnicę między jazdą samochodem, a podróżą motocyklem. W samochodzie nie czuje się kontaktu z przyrodą. Poza tym pogoda nie ma tu większego znaczenia, a na motocyklu ma ogromne. Na motocykl trzeba się przede wszystkim odpowiednio ubrać. Pewnie dla tych, co jeżdżą to jest oczywiste, ale dla mnie do tej pory nie było. Przecież jazda na rowerze nie jest mi obca, ale to jednak zupełnie coś innego. Po powrocie do domu zauważyłam u siebie lekkie podniecenie. Jeszcze nie wiem, czy to efekt ciasta czekoladowego, czy może mi się spodobała jazda na motocyklu, ale tego pewnie niebawem się dowiem. 

niedziela, 29 czerwca 2014

Zostać motocyklistą to niełatwa sprawa.

Myślałam, że to jest łatwe wsiąść na motocykl i pojechać, ale niestety pomyliłam się. Najpierw odbył się ogólny przegląd motocykla, czyli oględziny rodziny i znajomych. Potem musiałam wysłuchać kłótni Mamokupów, którzy toczyli zaciekły spór o to, kto najpierw pojedzie na przejażdżkę. Starszy Mamokup mało nie przywalił młodszemu, ale Commando wkroczył w akcję, więc obyło się bez rozlewu krwi (ach ten testosteron). Na koniec okazało się, że nikt nie pojedzie, bo i tak nie ma kasków, więc nie można jechać.

No właśnie sprawa kasków zrobiła się bardziej skomplikowana niż myślałam. Najpierw ceny mnie wprawiły w osłupienie. 300zł za kask? Oszaleć można. Moje doświadczenia na tym polu są żadne, no może pomijając zakup kasku rowerowego dla młodszego Mamokupa. Ten kosztował jakieś 60 zł, więc myślałam, że taki motocyklowy, to koło 100zł maksymalnie. Okazuje się, że ceny kasków, które faktycznie mają chronić zaczynają się od 250 zł w górę. Na dokładkę sam wybór kasku wcale nie jest taki prosty.
- Jaki chcesz kask, ze szczęką, czy bez? – zapytał Commando
A skąd ja mam wiedzieć jaki ja chcę kask, jak nigdy nie miałam takiego czegoś na głowie. Nie wiem jak się do tego w ogóle odnieść. Jak dla mnie to mógłby przypominać koronę Śpiącej Królewny, przynajmniej nie wyglądałabym w nim jak Lord Vader.
- A ty jaki wybierasz? – zapytałam dyplomatycznie.
No i to pytanie załatwiło mnie na pół wieczora. Siedzieliśmy przy komputerze i Commando pokazywał mi wszystkie kaski, które mu się podobają oraz te, które mu się nie podobają. Objaśniał różnicę między tym ze szczęką i bez szczęki, połyskiem i matowym. Dowiedziałam się przy okazji co to jest blenda, no i oczywiście, jak owa blenda jest w takim kasku niezbędna.


Na koniec dokonaliśmy wyboru, no i Commando miał wkrótce zakupić kaski w sklepie. Miał, ale nie kupił, bo okazało się, że trzeba przymierzyć, więc potrzebna jest i moja szanowna głowa. Mam nadzieję, że więcej przeszkód nie będzie i w końcu pojedziemy gdzieś na tym naszym pięknym motocyklu.

piątek, 27 czerwca 2014

Po pierwsze.

Zawsze lubiłam motoryzację. Przecież jestem córką zawodowego kierowcy, więc coś tam chyba w genach zostało. Lubiłam i lubię, ale motoryzację na czterech kołach.  Kocham jeździć zarówno jako pasażer, jak i w charakterze kierowcy. Nigdy jednak nawet nie podejrzewałam, że zainteresuje mnie motoryzacja na dwóch kołach. Ba! Można śmiało powiedzieć, że nawet bałam się pomyśleć, co wyprawiają tacy motocykliści na tych swoich maszynach. Co innego Commando. On nigdy się nie bał, a nawet marzył o tym, by kupić taki motocykl . Żużlu nigdy nie oglądał, czy co? Wielokrotnie głośno mi powtarzał, że kiedyś kupi sobie taką maszynę. Próbowałam używać różnych argumentów, ale on z uporem maniaka powtarzał, że kupi i już. Mało tego, bezczelnie oglądał w Internecie różne motory i jeszcze mi ciągle podsuwał pod nos, tłumacząc różnicę między motocyklem crossowym, a turystycznym. No i pewnego dnia zgodziłam się. Oczywiście nie bez kompromisów.
- Po pierwsze, ma to być taki porządny motor, a nie jakaś turystyczna popierdułka. – wyrecytowałam tonem stanowczym.
Oczywiście Commando zrobił najpierw wielkie oczy, a potem  wyjaśnił mi, że na Harley’a Davidson’a to nas zwyczajnie nie stać. Jeśli jednak się upieram, że motocykl ma być słychać z odległości  2 km, to poszukamy coś w rodzaju choppera. Oczywiście, że nie wiedziałam, czy ja w ogóle wsiądę na ten motocykl, bo przecież nigdy nie jeździłam, jednak jeśli ma stać na naszym podwórku, to musi mi się przynajmniej podobać. Commando nie bardzo rozumiał, co mam na myśli. Ale zaraz mu to wyjaśniłam.
- Po pierwsze. – znowu zaczęłam stanowczo – Jak powszechnie wiadomo, kobiety lubią błyskotki, a przynajmniej ja. Dlatego motocykl musi błyszczeć i świecić się z daleka.
Tu Commando nie oponował, bo dobrze wiedział, że w motoryzacji dla kobiety najważniejszy jest wygląd i kolor, a reszta w ogóle nie ma znaczenia.  O reszcie motocykla, a więc: pojemności silnika, jakimś tam wale kogoś tam…, hamulcach i innych dodatkach, to już Commando sam zdecydował. Ostatecznie, to jego marzenie, to chyba może sam decydować.
No i pewnego dnia kupiliśmy Hondzię. Cudna prawda? I jaki kolor twarzowy, a jaki ma kuferek! No mucha nie siada!



- To teraz kupimy jeszcze kilka niezbędnych dodatków i zobaczysz, że ci się spodoba. – powiedział Commando z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Jakich dodatków? – wytrzeszczyłam oczy.
- Po pierwsze.– stanowczo wyrecytował Commando – Musimy kupić kaski, żeby jeździć, a potem się zobaczy…